Bajka „Tajemnicza rada dwunastu miesięcy”

InfantylnyBajki edukacyjneBajki porach roku i czasieBajka "Tajemnicza rada dwunastu miesięcy"

W tej pięknej bajce poznamy historię osieroconej Marylki, której zła macocha wysyła w środku srogiej zimy do lasu po fiołki. Zagubiona dziewczynka spotyka niezwykłą radę dwunastu miesięcy, którzy, poruszeni jej szczerym sercem, decydują się pomóc jej w niemożliwym zadaniu, ucząc ją przy tym ważnej lekcji o harmonii natury.

Zimowe wyzwanie

W małej wiosce otoczonej wysokimi górami mieszkała Marylka, dziewczynka o jasnych jak len włosach i sercu czystym jak górski strumień. Po śmierci ukochanych rodziców trafiła pod opiekę macochy – kobiety o ostrym spojrzeniu i jeszcze ostrzejszym języku. Macocha miała swoją córkę, Holenę, która była jej oczkiem w głowie, a dla Marylki nie miała ani odrobiny ciepła.

Zima tego roku była wyjątkowo sroga. Śnieg zalegał grubą warstwą, a wiatr zawodził w kominie jak stado głodnych wilków. Marylka pracowała od świtu do nocy, sprzątając, gotując i dźwigając wodę ze studni, podczas gdy Holena wylegiwała się przy kominku, zajadając słodkie bułeczki.

Pewnego mroźnego poranka, gdy szyby pokryte były fantazyjnymi wzorami z lodu, macocha zawołała Marylkę do siebie.

„Marylko! Idź do lasu i przynieś mi bukiet świeżych fiołków!” – rozkazała, patrząc na dziewczynkę z przebiegłym uśmiechem.

„Ale matko,” – odważyła się odezwać Marylka, choć głos jej drżał – „jest środek zimy. Fiołki jeszcze nie kwitną.”

„Czy śmiesz mi się sprzeciwiać?” – warknęła macocha, uderzając pięścią w stół. „Idź i nie wracaj bez fiołków! Holena chce mieć z nich wianek na włosy.”

Holena zachichotała złośliwie, chrupiąc kolejne ciasteczko. „Tak, siostrzyczko, chcę fiołki. I to natychmiast!”

Marylka, otulając się cienkim szalem, wyszła na mróz ze łzami w oczach. Wiatr szarpał jej ubraniem, a śnieg wdzierał się do znoszonych butów. Las, zwykle przyjazny i pełen życia, teraz wydawał się złowrogi i obcy.

„Jak mam znaleźć fiołki w środku zimy?” – szeptała do siebie, brodząc w śniegu coraz głębiej w las.

Zimowy Wiatr, który usłyszał jej szept, zatańczył wokół niej, muskając jej policzki i osuszając łzy.

„Podążaj za mną, dziecko o dobrym sercu,” – zaszumiał cicho, tworząc ścieżkę w śniegu.

Marylka, sama nie wiedząc czemu, zaufała wiatrowi i podążyła za nim. Szła długo, aż nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a palce zdrętwiały z zimna. Wreszcie Zimowy Wiatr doprowadził ją na małą polankę głęboko w lesie.

Na środku polanki płonęło ognisko, a wokół niego siedziało dwunastu mężczyzn. Byli różni – jedni młodzi, inni starzy, niektórzy nosili kwiaty we włosach, inni mieli brody pokryte szronem.

„Podejdź bliżej, dziewczynko,” – odezwał się najstarszy z nich, mężczyzna o białej jak śnieg brodzie i oczach lodowatych jak styczniowy poranek. „Jestem Styczeń, władca pierwszego miesiąca roku. Co sprowadza cię do naszej rady w tak mroźny dzień?”

Marylka, drżąc zarówno z zimna, jak i z lęku, opowiedziała o okrutnym zadaniu macochy. Nie oskarżała, nie skarżyła się – po prostu szczerze przedstawiła swoją sytuację.

„Widzę szczerość w twoich oczach i dobroć w twoim sercu,” – powiedział Styczeń, kiwając głową. „Rada Dwunastu Miesięcy wysłucha twojej prośby.”

Magiczna przemiana

Dwunastu mężczyzn wymieniło między sobą tajemnicze spojrzenia. Każdy z nich był inny, ale łączyła ich niewidzialna więź, jak miesiące połączone w rocznym kręgu. Marylka stała przed nimi, drżąc w cienkiej sukience, ale jej oczy błyszczały nadzieją.

„Młoda damo,” – odezwał się jeden z mężczyzn o twarzy promiennej jak letnie słońce. „Jestem Czerwiec. Powiedz mi, gdybyś znalazła fiołki, co byś z nimi zrobiła?”

Marylka zastanowiła się chwilę. „Oddałabym je macosze, panie. Choć fiołki są piękne i kocham ich zapach, nie zrywałabym ich z kaprysu, zwłaszcza zimą, gdy powinny odpoczywać pod śniegową kołderką.”

Jej odpowiedź wywołała pomruk aprobaty wśród miesięcy. Mężczyzna o twarzy pokrytej jesiennymi piegami, który przedstawił się jako Październik, skinął głową.

„A czy gdybyś mogła wybrać jedną rzecz dla siebie, co by to było?” – zapytał, bawiąc się kolorowym liściem.

Marylka nie potrzebowała czasu do namysłu. „Chciałabym, żeby moja macocha i Holena były szczęśliwe. Może wtedy przestałyby być takie złe.”

Na te słowa nawet surowy Grudzień, którego broda była pokryta sopelkami lodu, uśmiechnął się lekko.

Styczeń, który przewodniczył radzie, powstał i uderzył swoją lodową laską o ziemię. „Marylko, twoja dobroć i mądrość nas poruszyła. Ja, władca zimy, ustąpię na chwilę miejsca mojemu bratu.”

Uczynił gest w stronę młodego mężczyzny o uśmiechu ciepłym jak pierwsze promienie wiosennego słońca. „Marzec, czas na ciebie.”

Marzec wstał i podszedł do środka kręgu. Styczeń przekazał mu swoją laskę, a gdy Marzec ją przyjął, stała się ona gałązką okrytą pierwszymi, delikatnymi pąkami. Marzec uśmiechnął się do Marylki i uderzył laską o ziemię.

W jednej chwili świat wokół nich zaczął się zmieniać. Śnieg topniał, odsłaniając miękką, wilgotną ziemię. Z gołych gałęzi drzew zaczęły wyrastać zielone listki, a na polanie, tuż przy stopach Marylki, ziemia zadrżała i pojawiły się pierwsze fiołki – delikatne, fioletowe kwiaty o słodkim zapachu.

„Oto twoje fiołki, Marylko,” – powiedział Marzec z uśmiechem. „Zerwij je, ale pamiętaj – natura daje swoje dary tym, którzy ją szanują.”

Marylka z wdzięcznością zebrała bukiecik fiołków, starannie dobierając każdy kwiat, by nie uszkodzić roślin. Gdy skończyła, Marzec znów stuknął laską o ziemię i wiosenna magia ustąpiła. Śnieg wrócił, okrywając wszystko białą kołdrą, ale fiołki w dłoniach Marylki pozostały świeże i pachnące.

„Dziękuję wam, szlachetni panowie,” – powiedziała dziewczynka, kłaniając się nisko. „Nigdy nie zapomnę waszej dobroci.”

„I my nie zapomnimy twojej,” – odpowiedział Styczeń, odzyskując swoją laskę od Marca. „Teraz wracaj do domu. Zimowy Wiatr wskaże ci drogę.”

Gdy Marylka odchodziła, usłyszała za sobą głos Kwietnia: „Będziemy cię obserwować, dziecko. Pamiętaj, że każdy miesiąc ma swoje miejsce w roku, tak jak każda istota ma swoje miejsce w naturze.”

Z bukietem fiołków mocno przyciśniętym do piersi, Marylka ruszyła za Zimowym Wiatrem, który tańcząc wokół niej, prowadził ją z powrotem do wioski.

Sprawiedliwa nagroda

Macocha i Holena były zszokowane, gdy Marylka wróciła do domu z bukietem świeżych, pachnących fiołków. Ich twarze wykrzywiły się w grymasach niedowierzania i zazdrości.

„Gdzie je znalazłaś?” – warknęła macocha, wyrywając bukiet z rąk dziewczynki. „Niemożliwe, żeby rosły w środku zimy!”

Marylka, wciąż rozgrzana magicznym spotkaniem, opowiedziała o radzie dwunastu miesięcy i ich niezwykłej pomocy. Z każdym jej słowem oczy Holeny robiły się coraz większe z zachłanności.

„Jeśli ci starcy pomogli tej małej głuptasce,” – powiedziała Holena, odrzucając warkocz do tyłu – „to z pewnością pomogą i mnie. Pójdę tam jutro i przyniosę nie fiołki, ale truskawki! Będę pierwszą dziewczyną we wsi, która będzie jadła truskawki zimą!”

Marylka próbowała ostrzec: „Siostro, miesiące pomagają tym, którzy są pokorni i szanują naturę…”

„Milcz!” – przerwała jej macocha. „Co ty możesz wiedzieć! Moja Holena jest sto razy lepsza od ciebie. Jutro sama pójdzie do lasu.”

Następnego ranka Holena, ubrana w ciepłe futro i kozaki, ruszyła do lasu. Marylka, zaniepokojona, obserwowała ją z okna. Zimowy Wiatr, który poprzedniego dnia pomógł Marylce, teraz zawodził smutno, jakby przeczuwał, co się stanie.

Holena błądziła po lesie przez długie godziny, narzekając na zimno i przeklinając drzewa, które strącały na nią śnieg. Wreszcie, dzięki przypadkowi, trafiła na tę samą polankę, gdzie płonęło ognisko rady miesięcy.

„Wy tam!” – zawołała, podchodząc do ogniska bez najmniejszego szacunku. „Jestem Holena, najpiękniejsza dziewczyna w wiosce. Chcę truskawek, natychmiast!”

Dwunastu mężczyzn spojrzało na nią w milczeniu. Styczeń zmarszczył brwi, a jego oczy stały się zimniejsze niż lód.

„Dziewczyno,” – odezwał się spokojnie – „czy wiesz, przed kim stoisz?”

„Przed jakimiś starymi dziadami, którzy mają magiczną moc,” – odpowiedziała Holena lekceważąco. „Daliście tej żebraczce Marylce fiołki, więc mnie dacie truskawki. Jestem tego warta!”

Czerwiec spojrzał na nią z rozczarowaniem. „A jak myślisz, dlaczego pomogliśmy Marylce?”

„Bo was pewnie urzekła swoim płaczem,” – prychnęła Holena. „Ale ja nie będę płakać. Ja wymagam!”

Styczeń wstał powoli, a gdy to zrobił, wiatr wokół polanki przybrał na sile.

„Domagasz się darów natury, nie szanując jej rytmu,” – powiedział głosem podobnym do trzasku pękającego lodu. „Źle wybrałaś, Holeno.”

Uderzył laską o ziemię, a śnieg wokół Holeny zaczął wirować, formując się w miniaturową zamieć. „Wrócisz do domu z pustymi rękami i z lekcją, której tak bardzo potrzebujesz.”

Nagle zamieć pochłonęła Holenę, a gdy opadła, dziewczyna znalazła się na skraju wioski, zmarznięta i przerażona.

Tymczasem w domu Marylka odkryła, że fiołki, które przyniosła, nie więdły. Stały w wazoniku, świeże i pachnące, mimo upływu dni. Pewnego poranka znalazła pod nimi małą złotą monetę. Następnego dnia kolejną. Każdego dnia fiołki przynosiły jej małą nagrodę.

Macocha, widząc to, zmieniła swoje zachowanie. Nie z dobroci serca, ale z chciwości. Jednak natura ma swoje sposoby na nauczenie właściwych lekcji – monety pojawiały się tylko wtedy, gdy Marylka sama dbała o kwiaty.

Z czasem historia Marylki i rady dwunastu miesięcy rozeszła się po wiosce. Ludzie zaczęli z większym szacunkiem traktować naturę, czekając cierpliwie na dary każdej pory roku. A Marylka? Wyrosła na mądrą kobietę, która zawsze pamiętała o lekcji otrzymanej od dwunastu niezwykłych braci:

Każda rzecz ma swój czas, a ci, którzy szanują naturalny porządek świata, zawsze zostaną nagrodzeni.

Przeczytaj również

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj