Bajka „Kominiarz i zgubione życzenia”

InfantylnyBajki edukacyjneBajki o zawodach i pracyBajka "Kominiarz i zgubione życzenia"

W urokliwym miasteczku Kominek młody kominiarz Tadzio odkrywa niezwykłą zdolność – potrafi odczytywać niewypowiedziane życzenia mieszkańców ukryte w sadzy ich kominów. Z pomocą magicznej istoty Sadzenki oraz wiernego kota zaczyna spełniać te marzenia, stając się tajemniczym dobroczyńcą. Szybko jednak przekonuje się, że wybór właściwych życzeń do spełnienia jest trudniejszy niż się wydawało.

Drabina i tajemnicza sadza

Tadzio, najmłodszy kominiarz w miasteczku Kominek, wspinał się po swojej długiej drabinie ku kolejnemu kominowi. Miał zaledwie dwadzieścia lat, kruczoczarne włosy i twarz zawsze umorusaną sadzą. Mieszkańcy lubili go za jego szczery uśmiech i piosenki, które nucił podczas pracy. Tego jesiennego poranka niebo było wyjątkowo błękitne, a on miał wyczyścić komin w domu samego burmistrza.

Ciekawe, czy burmistrz też ma jakieś marzenia – szepnął do swojego czarnego kota, który zawsze towarzyszył mu w pracy, siedząc cierpliwie u stóp drabiny.

Kot spojrzał na niego błyszczącymi oczami, jakby dokładnie rozumiał każde słowo.

Tadzio zanurzył szczotkę w ciemnej gardzieli komina i zaczął pracę. Sadza była dziwnie ciepła, niemal przyjemna w dotyku. Gdy wyciągnął szczotkę, zauważył, że czarne drobinki na jej końcu migotały delikatnie, niczym maleńkie gwiazdy.

Co to za dziwna sadza? – zapytał sam siebie, pocierając ją między palcami.

Nagle wydało mu się, że słyszy cichy szept. Przybliżył ucho do szczotki i zamarł z wrażenia.

Chciałbym znowu być dzieckiem, choć na jeden dzień… zapomnieć o wszystkich obowiązkach… – szeptała sadza głosem łudząco podobnym do głosu burmistrza.

Tadzio prawie spadł z drabiny z wrażenia. Spojrzał na kota, który teraz siedział wyprostowany, z ogonem owiniętym wokół łap, wpatrując się w niego intensywnie.

Słyszałeś to? – zapytał Tadzio.

Kot mrugnął powoli, co Tadzio zinterpretował jako potwierdzenie.

Gdy wrócił do swojego małego domku na skraju miasteczka, nadal miał przy sobie próbkę dziwnej sadzy. Położył ją na stole i przyglądał się jej w świetle lampki.

Co jeśli każda sadza z komina zawiera niewypowiedziane życzenia? – zastanawiał się na głos.

Kot wskoczył na stół i trącił łapką czarną kupkę. W tym samym momencie sadza zawirowała i uformowała się w małą, humanoidalną postać nie większą niż palec.

Wreszcie ktoś mnie zauważył! – zapiszczała istotka. – Jestem Sadzenka, strażniczka niewypowiedzianych życzeń.

Tadzio przetarł oczy, nie dowierzając. – Jesteś… prawdziwa?

Tak prawdziwa jak sadzowe plamy na twoim nosie – zaśmiała się Sadzenka. – Od wieków mieszkamy w kominach, zbierając życzenia, które ludzie noszą w sercach, ale boją się wypowiedzieć głośno.

I co z nimi robicie? – zapytał Tadzio, pochylając się, by lepiej widzieć małą istotkę.

Nic. Po prostu je przechowujemy. Ale ty… – Sadzenka wskazała na niego swoim maleńkim palcem. – Ty masz dar. Możesz je słyszeć. I jeśli zechcesz, możesz pomóc nam je spełniać.

Tadzio pomyślał o burmistrzu i jego pragnieniu, by znów poczuć się jak dziecko.

Jak mógłbym spełnić takie życzenie?

To proste i jednocześnie trudne – odpowiedziała Sadzenka. – Musisz zrozumieć, co naprawdę kryje się za życzeniem, a potem znaleźć sposób, by to urzeczywistnić, nie ujawniając się.

Kot otarł się o rękę Tadzia, jakby chciał powiedzieć: „Pomogę ci”.

Zgoda – zdecydował Tadzio. – Spróbuję pomóc spełnić to życzenie.

I tak rozpoczęła się przygoda kominiarza, który odkrył, że w sadzy kominów kryje się coś więcej niż brud – kryją się w niej ludzkie marzenia czekające, by ktoś pomógł im się ziścić.

Marzenia ukryte w dymie

Następnego dnia Tadzio czyścił kominy na całej ulicy Lipowej. Z każdego wydobywał nie tylko sadzę, ale i tajemne życzenia mieszkańców. Stara pani Kopcidym, która mieszkała w niewielkim domku z czerwoną dachówką, marzyła o tym, by ktoś po prostu z nią porozmawiał. Pan Gwizdek, lokalny zegarmistrz, pragnął odwagi, by wreszcie zaprosić na randkę panią Różę z kwiaciarni, która – o ironio – marzyła dokładnie o tym samym.

Tyle marzeń, Sadzenko – westchnął Tadzio wieczorem, przeglądając notatki. – Jak mam wybrać, które spełnić najpierw?

Sadzenka, która teraz zamieszkała w małym, specjalnie przygotowanym dla niej domku z pudełka po zapałkach, wzruszyła ramionami.

Zacznij od tych, które wydają się najprostsze, a jednocześnie mogą przynieść najwięcej radości.

Tadzio postanowił zacząć od pani Kopcidym. Następnego ranka zapukał do jej drzwi z bukietem polnych kwiatów.

Dzień dobry, pani Kopcidym! Przechodziłem obok i pomyślałem, że może przydałaby się pani pomoc przy rozpaleniu w kominku? Jesień idzie, chłodne wieczory…

Oczy staruszki rozjaśniły się natychmiast.

Wejdź, chłopcze! I opowiedz mi, co słychać w miasteczku. Dawno nikt mnie nie odwiedził…

Tadzio spędził u niej całe popołudnie, słuchając historii z jej młodości i opowiadając o swoich przygodach z czyszczeniem kominów. Gdy wychodził, pani Kopcidym wyglądała na odmłodzoną o co najmniej dziesięć lat.

Wpadnij kiedy chcesz – powiedziała, a jej oczy błyszczały radością. – Zawsze znajdę dla ciebie kawałek szarlotki.

Tadzio poczuł ciepło rozlewające się po sercu. Spełnienie tego życzenia było proste, a jednak tak satysfakcjonujące.

Kot, który czekał na niego przed domem, miauknął z aprobatą.

Tak, masz rację – powiedział Tadzio. – Teraz czas pomóc panu Gwizdkowi i pani Róży.

Plan był prosty, ale wymagał precyzji. Tadzio zamówił u pani Róży bukiet, prosząc, by dostarczyła go osobiście do zakładu zegarmistrzowskiego. Jednocześnie namówił pana Gwizdka, by naprawił stary zegar ścienny w kwiaciarni, zapewniając, że właścicielka będzie wtedy nieobecna.

To idealny moment, by zostawić liścik z zaproszeniem na kawę – podpowiedział, udając, że to tylko przypadkowy pomysł.

Kiedy pani Róża dostarczyła kwiaty, a pan Gwizdek naprawił zegar, oboje odkryli ukryte liściki z zaproszeniami. Zaskoczeni, ale szczęśliwi, umówili się na kawę w miejscowej cukierni.

Tadzio obserwował ich dyskretnie zza gazety, czując dumę, gdy widział ich nieśmiały śmiech i zarumienione policzki.

Oni naprawdę do siebie pasują – szepnął do kota, który tym razem towarzyszył mu w przebraniu, z elegancką czerwoną kokardką na szyi.

Jednak nie wszystkie życzenia były tak proste do spełnienia. Burmistrz nadal czekał, a jego pragnienie, by choć na chwilę wrócić do beztroskiego dzieciństwa, wymagało bardziej skomplikowanego planu.

Potrzebuję pomocy, Sadzenko – przyznał Tadzio wieczorem. – Jak sprawić, by poważny burmistrz poczuł się jak dziecko, nie tracąc przy tym autorytetu?

Sadzenka zamyśliła się głęboko, a jej maleńka twarz pokryła się zmarszczkami od intensywnego myślenia.

Może najlepiej będzie, jeśli stworzysz sytuację, w której bycie dzieckiem przez chwilę stanie się… obowiązkiem burmistrza?

I wtedy Tadzio wpadł na pomysł. Miasteczko Kominek obchodziło wkrótce swoje trzechsetlecie. Co, gdyby w ramach obchodów zorganizować Dzień Dziecka dla Dorosłych? Dzień, w którym cała społeczność, z burmistrzem na czele, mogłaby bez wstydu bawić się jak dzieci?

Tadzio wiedział, że sam nie zdoła przekonać władz miasta. Potrzebował sojusznika. I wiedział dokładnie, kto mógłby mu pomóc.

Najtrudniejsze życzenie

Z bijącym sercem Tadzio zapukał do drzwi domu pani Kopcidym. Staruszka powitała go z rozpromienioną twarzą i natychmiast zaprosiła na herbatę i świeżo upieczone ciasteczka.

Pani Kopcidym – zaczął nieśmiało Tadzio, gdy usiedli przy kuchennym stole. – Czy to prawda, że kiedyś była pani sekretarką burmistrza?

Staruszka uśmiechnęła się tajemniczo.

Byłam, chłopcze. Przez ponad czterdzieści lat. Znałam trzech burmistrzów, w tym naszego obecnego, gdy był jeszcze małym, rozbrykanym chłopcem.

Naprawdę? – Tadzio pochylił się z zainteresowaniem.

Och tak. Nasz dostojny pan Zygmunt był kiedyś małym urwisem, który uwielbiał zabawę w piratów i budował najwspanialsze zamki z klocków – zaśmiała się, a jej oczy rozbłysły wspomnieniami. – Ale po co pytasz, chłopcze?

Tadzio opowiedział jej o swoim pomyśle na Dzień Dziecka dla Dorosłych i o życzeniu burmistrza, które usłyszał w sadzy. Nie wspomniał o Sadzence, ale pani Kopcidym i tak wydawała się rozumieć więcej, niż mówił.

Zawsze wiedziałam, że kominiarz to wyjątkowy zawód – powiedziała, kiwając głową. – Pomogę ci, Tadziu. Jutro pójdziemy razem do ratusza.

Następnego dnia pani Kopcidym, ubrana w swój najlepszy kostium, wprowadziła Tadzia do gabinetu burmistrza. Po krótkim wstępie przedstawiła pomysł jako inicjatywę kulturalną, która mogłaby przyciągnąć turystów i odnowić ducha wspólnoty.

Pomyśl, Zygmuncie – powiedziała, zwracając się do burmistrza po imieniu, co zaskoczyło wszystkich obecnych. – Jeden dzień, gdy dorośli mogą zapomnieć o troskach. Gry, konkursy, zabawy, które pamiętamy z dzieciństwa. To byłaby wspaniała odskocznia od codzienności.

Burmistrz słuchał z rosnącym zainteresowaniem. Jego surowa twarz stopniowo łagodniała.

Ale czy nie byłoby to… niepoważne? – zapytał w końcu, choć w jego oczach można było dostrzec iskierkę ekscytacji.

Czasem trzeba być niepoważnym, by rozwiązać poważne problemy – odpowiedziała dyplomatycznie pani Kopcidym. – Poza tym, wyobraź sobie nagłówki gazet: „Innowacyjne miasteczko Kominek przywraca radość życia”. To byłaby świetna promocja.

Burmistrz w końcu się zgodził. Tadzio, pani Kopcidym i mała grupa wolontariuszy rozpoczęli przygotowania. Sadzenka pomagała po nocach, tworząc ze specjalnej, magicznej sadzy dekoracje, które mieniły się kolorami jak północne zorze.

W dniu wydarzenia całe miasteczko zamieniło się w plac zabaw. Były konkursy puszczania latawców, wyścigi w workach, malowanie twarzy i ogromna bitwa na poduszki na głównym placu. Ku zaskoczeniu wszystkich, burmistrz okazał się być duszą towarzystwa. Z twarzą pomalowaną w pirackie wzory przewodził zabawie w poszukiwanie skarbu, śmiejąc się głośniej niż ktokolwiek inny.

Gdy słońce zaczęło zachodzić, Tadzio zauważył burmistrza siedzącego na ławce nieco z dala od głównego placu. Podszedł do niego nieśmiało.

Wszystko w porządku, panie burmistrzu?

Zygmunt spojrzał na niego z uśmiechem innym niż wszystkie, które Tadzio widział wcześniej – szczerym, pozbawionym oficjalności.

Wiesz, chłopcze, od lat nie czułem się tak… wolny. Jakbym znów miał dziesięć lat i cały świat stał przede mną otworem. Dziękuję ci.

Za co? – zapytał niewinnie Tadzio.

Za to, że zainspirowałeś to wszystko. Pani Kopcidym mi powiedziała. Jesteś wyjątkowym młodym człowiekiem, Tadziu.

Tadzio poczuł ciepło na policzkach i nie była to sadza. Czuł, że spełnił życzenie, które naprawdę było ważne.

Tego wieczoru, gdy wrócił do swojego domku, Sadzenka i kot czekali na niego z małym, samorodnym ciastem zrobionym z mąki i cukru pudru.

Udało się! – zapiszczała radośnie Sadzenka. – Ale wiesz, że to dopiero początek? Jest jeszcze tyle życzeń do spełnienia, a niektóre będą znacznie trudniejsze.

Tadzio spojrzał na swoje ubrudzone sadzą dłonie i uśmiechnął się. – Wiem. I jestem gotowy. Razem możemy sprawić, że marzenia będą się spełniać, jedno życzenie na raz.

A kot zamruczał, jakby chciał powiedzieć, że też ma życzenie – by ta przygoda trwała jak najdłużej.

W miasteczku Kominek ludzie zaczęli zauważać, że czasem, gdy najmniej się tego spodziewają, ich niewypowiedziane marzenia stają się rzeczywistością. I choć nikt nie wiedział, jak to się dzieje, wszyscy zaczęli z większą uwagą patrzeć w niebo, gdzie z kominów unosił się dym – być może niosący ich marzenia wprost do uszu młodego kominiarza o wielkim sercu.

Przeczytaj również

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj